Pamiętnik świetliczaka

 

O tym, jak nasi rodzice postanowili się uczyć języków obcych i czym to się skończyło.

 

W tym odcinku chciałbym Was zachęcić do nauki języków obcych (warto, smakuje bardzo). Moja mama na przykład, ja oczywiście też, postanowiliśmy, że będę się uczył dodatkowego języka rosyjskiego. Tak się dobrze złożyło dla mamy i dla mnie, że można się go uczyć w naszej szkole. Aby nas, uczniów zainspirować i jeszcze bardziej zachęcić Pan Dyrektor, panie nauczycielki i nie wiem jeszcze kto, wymyślili tydzień rosyjski, a w tym dzień europejski w naszej szkole. Czego tutaj nie było, istny jarmark: stoisko rosyjskie, włoskie, angielskie, francuskie. Mnie najbardziej interesowało stoisko rosyjskie, moją mamę oczywiście też. Ogłoszono konkurs na najładniejszą babuszkę, kazaczok - czyli taniec, ćwiczyły nie tylko dzieci, ale też panie ze świetlicy (nie wiedziałem, że panie mogą tak wysoko podskakiwać). Nasi rodzice postanowili się podszkolić z języków obcych. Włączyli się wartko w wir pracy pomagając nam w przygotowaniach, podpatrując, uczyli się jednocześnie. I tak, gdyby były prezentowane kuchnie świata na forum nasi kochani rodzice prześcigaliby się w pomysłach! Kuchnia ostra, kuchnia łagodna, kuchnia rosyjska, kuchnia śródziemnomorska, kuchnia italiańska, czego tu nie było? Oczy bolały od patrzenia a brzuchy od jedzenia. Istny szał, fajnie było i oto chodzi - tak trzymać!

Jacek

 

PS: dzisiaj poznałem smak mięty.

 

 


 

Kocyki piknikowe i bramkarz na medal

Dzisiaj w świetlicy wielkie święto, panie wychowawczynie przydzielały nam kocyki na trawę, tak zwane piknikowe. Oj, dużo szumu było, co tu wybierać?, co to za różnica, czy niebieski czy żółty czy w paski czy w kropki, ważne, aby było na czym posiedzieć i czym się powymieniać. Właśnie ja z chłopakami reprezentuję taki męski punkt widzenia w przeciwieństwie do dziewczyn. My wychodzimy na dwór, żeby pograć w piłkę i dokopać chłopakom. Najlepiej było, gdy na środku boiska była mała kałuża, może nie taka mała, gdzieś trzy metry na dwa metry, pomimo tego grać musieliśmy, a przede wszystkim chcieliśmy. Pani stała przy wodzie i pilnowała, abyśmy omijali tę kałużę wykrzykująć: uważaj, omijaj, uważaj, omijaj. Biegała jeszcze od jednej strony kałuży do drugiej i podnosiła przy tym ręce do góry jak prawdziwy bramkarz. To było wspaniałe, lepszego bramkarza nie mogliśmy sobie wymarzyć (oczywiście na ten moment i na te warunki). My jakby niby nic zamiast omijać, to celowaliśmy piłką prosto w to miejsce z wodą, czyli kałużę, żeby było ciekawiej. Pani zziajanej i ochrypniętej było coraz trudniej bronić kałuży - bramki (oczywiście nie wiedziała o tym arcyważnym zadaniu). Gdy było 10:0, upaćkani błotem po głowy opuściliśmy, niestety, boisko i udaliśmy się na korty. O kortach opowiem innym razem, bo też tam jest bardzo ciekawie i można fajnie się bawić. Wracając do tych kocyków postanowiliśmy, to znaczy ja i mój najlepszy kolega Mateusz i drugi mój najlepszy kolega Kacper zawalczyć z Agatą i z innymi koleżankami o swoje prawa. Prawo do połowy kocyka, nie żebyśmy lubili bezczynnie siedzieć i plotkować tak jak one, ale dla zasady. Sprawiedliwość musi być, w końcu ile można biegać za piłką. Obmyśliliśmy plan, Kacper mój najlepszy drugi kolega, uprzejmie doniósł dziewczynom okupujących cały kocyk, że widział właśnie wielką kolonię strasznych robali wędrujących prosto na ich kocyk. Dziewczyny w pisk i dały nogę w stronę pani, a my jakby nigdy nic zajęliśmy swoją część należnego imperium. Sprawiedliwości stało się zadość, można było wreszcie posiedzieć wygodnie, zająć się wymianą naklejek i po męsku porozmawiać o wrażliwości dziewczyn a nie plotkować jak baby.

Jacek.

 

PS:tak naprawdę to my z chłopakami rozmawialiśmy o tym, jak fajnie byłoby dostać plejstejszyn 3 i maszynę do robienia pizzy.

 

 


 

O tym, jak nasza Pani wystraszyła się naszego Pana Dyrektora.

Naprawdę, nie ściemniam, tak było, ale to zachwilę zrelacjonuję. A teraz, jak obiecałem wcześniej, opowiem o naszych kortach. Koło naszej szkoły znajduje się niedawno wybudowane boisko z prawdziwego zdarzenia: ogrodzone, z ławkami dla publiczności, sztuczną trawą igrelitową, koszami i innymi bajerami - tak jak należy, tak zwane korty. My bardzo tu lubimy z Panią przychodzić po lekcjach i grać we wszystko istne królestwo sportu. Maluchy przychodzą z hulajnogami, my z piłkami do kosza i nogi. Dziewczyny przynoszą oczywiście gumy, skakanki, badminton, nie żeby grać, ale żeby nam przeszkadzać, gonić nas i wiązać. Takie już one są, nic na to się nie poradzi, to znaczy, my chłopaki sobie radzimy, wyprowadzamy dziewczyny w pole. Jak dziewczyny nie patrzą, rzucamy skakanki, gumy i wszystko co się da, wysoko na kosze. Zanim przyjdzie pomoc, to już trzeba się do szkoły zbierać, a my wcześniej mamy wolne pole do gry w piłkę. Trzeba sobie jakoś radzić, jak mówi chłopak siostry Agaty, gdy idziemy na korty, a jemu nie chce się nieść torby z piłkami i rakietkami. Mówi wtedy, że ta torba jest taka ciężka, iż nikt oprócz niego jej nie podniesie, a co dopiero zaniesie na miejsce. Wtedy Agata łapie tę torbę i niesie zziajana na korty udowadniając, iż jest nie tylko mądra ale i silna. Wracając do tematu, wybraliśmy się jak zwykle na korty, by pograć sobie w nogę. Idziemy tak w parach, noga za nogę, pani na początku, my za nią. Gdy doszliśmy do kortów, pani daje komendę: "Zatrzymać się". My stajemy i patrzymy co się dzieje, a tu na boisku niespodziewany gość. Pan Dyrektor prowadzi lekcję w-fu z pierwszą klasą. Dzieciaki biegają na środku kortów, chyba na ocenę, nic nie widzą, nawet nas, tak się starają. Pani mówi do nas, nie będziemy przeszkadzać, idziemy na boisko szkolne, hm, właśnie z tą kałużą. Ale my swoje wiemy, pani się wystraszyła pana Dyrektora, bo co to za przeszkadzanie. Pobiegalibyśmy z pierwszakami i przy okazji pokazalibyśmy maluchom, jak wygląda prawdziwy sport, nie mówiąc już o naszej wygranej, oczywiście. Jacek

 


Pamiętnik Karolci
Nazywam się Karolina, ale pani nazywa mnie Karolcią, nawet to zdrobnienie mi się podoba. Zdecydowałam się opisać jeden dzień z życia świetliczaka dopiero teraz, bo żaden wcześniejszy nie wydawał mi się  wystarczająco interesujący, a bardzo chciałam zaistnieć w świecie Internetu tak jak Jacek i Agata . A że  temat sam mi się napatoczył i dotyczył mojej kariery muzyczno- artystycznej bardzo się ucieszyłam.
Niedawno pani mnie zapytała, czy mogłabym zagrać kolędy podczas rodzinnych warsztatów plastycznych  organizowanych w naszej świetlicy szkolnej. Powiedziałam, że bardzo chętnie. Mama i tata na pewno się ucieszą, bo bardzo lubią kiedy gram. Ja może troszkę mniej, ale czego się nie robi dla innych. Przygotowywałam się do występów bardzo sumiennie.
Na warsztaty przybyłam jeszcze przed czasem i byłam w podwójnej roli: po pierwsze, chciałam wykonać kartkę świąteczną na kiermasz, po drugie miałam zagrać na keyboardzie kolędy. Wszystko szło zgodnie z planem, wykonałam kartkę  świąteczną i zagrałam kolędę „Jezus malusieńki”, dostałam nawet gromkie brawa. Potem było gorzej, gdy poproszono mnie o zagranie w drugiej sali. Pechowo dla mnie pani ustawiła keyboard obok kawiarenki, czyli stolika z ciastami, zieloną galaretką z kiwi, z sosem czekoladowym, z ciasteczkami, waniliowym ptasim mleczkiem oraz sokiem  jabłkowym i nawet nie wiem jeszcze z czym. Rozumiecie sami jak trudno było mi się skupić i przygotować. Zwłaszcza, że burczało mi w brzuchu z głodu, a bardzo lubię słodkości. Nie wiem nawet, co zagrałam i jak zagrałam, wiem tylko, że po wielkich brawach delektowałam się pysznymi ciasteczkami maczanymi w czekoladzie, zielonym szrekiem, waniliowym ptasim mleczkiem i sokiem pomarańczowym, bo jabłkowy już się skończył.

Andrzejki w świetlicy

Od tradycji nie da się uciec, tak powiedziała pani zapowiadając zabawę andrzejkową. Nie ma u nas w świetlicy ani jednego Andrzejka, ale w szkole to jest jeden, szczęściarz z niego. Przynajmniej ma oryginalne imię. Pani podzieliła andrzejki na dwie części, jedną- wróżenie w sali, a drugą- konkurencje sportowe na forum, dla wszystkich. Nie myślałem, że wróżby są takie śmieszne. Najbardziej rozbawiło mnie, gdy mojemu najlepszemu koledze, Mateuszowi, wyszło, że zostanie starym kawalerem, a mnie że wyjadę w siną dal. Agata to nawet się popłakała, że jej wybranek będzie miał na imię Maurycy. Jej podoba się inne imię chłopaka, mówiła mi jakie, ale to nasza tajemnica. Po tym płaczu Agaty pani tłumaczyła nam, że te wróżby to tylko zabawa. No, ale właściwie ten wyjazd w siną dal to mi się nawet podoba, ładnie się nazywa. Pani powiedziała, ze to wyjazd w nieznane.

Medal na święto szkoły

Piszę, żeby ktoś sobie nie pomyślał, że chłopcy są mądrzejsi albo odważniejsi od dziewczyn. Oni się muszą jeszcze od nas wiele uczyć. Tak jak chłopak mojej siostry uczy się od niej i uczy jak piec ciasteczka z orzechami i jeszcze się nie nauczył. Ja na przykład umiem piec nie tylko te ciasteczka, lecz także wiele innych smakołyków. Wracając do konkursu literackiego, nie pisałam wcześniej, bo myślałam bardzo intensywnie jak zrobić medal na święto szkoły. I udało się, wymyśliłam. Podaję przepis nie tylko na jeden, ale na wiele medali, tylko trzeba je zacząć robić jak najszybciej: 2 szklanki mąki, 2 łyżki miodu, ¾ szklanki cukru, 2 jajka, 1/2 torebki przyprawy do piernika, 1łyżka masła, 1/3 szklanki ciepłego mleka, 1 i ½ łyżeczki sody oczyszczonej. Zagnieść ciasto, uformować medale w kształcie owalu, upiec w temperaturze 180 stopni (15 minut) i włożyć do szczelnie zamkniętego pudełka. Na święta wyjąć i schrupać. Acha, wcześniej udekorować roztopioną białą czekoladą, wizerunkiem szkoły, albo napisem 25 lat SP 322. Smacznego!

P.S. Można zrobić przed upieczeniem dziurkę i jeżeli nie zostaną schrupane powiesić na ozdobnej, złotej nitce na choince.Czytajcie mój pamiętnik będę podawała jeszcze wiele przepisów, nie tylko kulinarnych.

Agata

 

Bieg Jubileuszowy SP 322 albo szkoła na medal

Dzisiaj Pani w świetlicy zadała nam takie pytanie: czy 25 lat to dużo, czy mało?Ja od razu zwietrzyłem jakiś podstęp. To pytanie musi do czegoś prowadzić i miałem rację. Pani chodziło o jubileusz 25-lecia szkoły. Ale kto by nie wiedział, że w szkole trwają wielkie przygotowania? To tak jak w domu przed świętami Bożego Narodzenia, pachnie makowcem na długo przed wigilią. Ale najgorsze to dopiero nastąpiło, pani powiedziała, że każdy z nas powinien coś zrobić, aby uczcić to nasze święto. Nic mi nie przychodziło do głowy ,co bym mógł zrobić. Może mógłbym zaśpiewać? Odpada już inni śpiewają, słychać jak ćwiczą. Zatańczyć? Tangram już to robi, całkiem nieźle im to wychodzi, bębnią jak w Afryce. Może wziąć udział w konkursie plastycznym? Za późno termin oddania prac o bohaterach utworów Jana Brzechwy minął. Nie jestem tchórzem, więc wstałem i powiedziałem, że zrobię coś niezwykłego, ale nie chciałem tego głośno mówić, aby inni nie ściągnęli mojego pomysłu. Postanowiłem się nauczyć całego hymnu szkoły. Do tej pory jakoś mi się to nie udawało. Znam tylko refren. Mama i babcia będą zadowolone, na urodziny dziadka będzie jak znalazł. Po mnie zaczęli się zgłaszać inni. Agata powiedziała, że wykona medal z wizerunkiem szkoły, na pewno jej siostra i chłopak siostry w tym pomogą. A Mateusz, mój najlepszy kolega stwierdził, ze czas najwyższy poprawić wynik sportowy świetlicy w rzucaniu kulami papierowymi do kosza na śmieci. Ten ostatni pomysł Pani się zbytnio nie podobał, bo trochę kręciła nosem. Żeby się Pani rozchmurzyła Kacper, mój drugi najlepszy kolega powiedział, że zorganizuje latem bieg wokół szkoły, a nawet wokół całego Ursynowa i nazwie go Biegiem Jubileuszowym SP 322. Pani się tylko uśmiechnęła i zapytała, czy to aby nie za późno i trasa nie za długa? Ja myślę, że nie będzie za późno, przynajmniej będzie ciepło, a trasę można skrócić! No, ale jak on to zorganizuje?

P.S

Na drugi dzień powiedzieliśmy Kacprowi to znaczy ja, Mateusz, Agata w swoim imieniu i swojej siostry oraz jej chłopaka, że mu pomożemy w zorganizowaniu tego Biegu Jubileuszowego. W końcu to mój drugi najlepszy kolega w klasie!

Jacek


Cień jest piękny!

 

Dzisiaj z chłopakami dokonaliśmy niezwykłego odkrycia: cień jest piękny! A to za sprawą młodego artysty, który prowadził u nas w świetlicy warsztaty plastyczne. Na początku było bardzo poważnie. Podczas prezentacji multimedialnej obejrzeliśmy obrazy przedstawiające „cienie” naszego gościa. Było nas w klasie ponad 20 „łepków’, a cisza jak makiem zasiał. Dziwne, ale prawdziwe, że też potrafimy się zachować przy obcych jak trzeba. Po obejrzeniu „cieni’ naszego malarza i wysłuchaniu jego opowieści przeszliśmy do tworzenia własnych dzieł. I w tym momencie zrobiło się jeszcze bardziej poważnie. Poczuliśmy energię do tworzenia cieni, przynajmniej ja. Ale musiałem czekać na swoją kolej. Nasz gość, artysta podchodził do każdego z nas i rysował cienie naszych głów. Nie mogłem się doczekać kiedy podejdzie do mnie. Czułem jak w miarę upływu czasu, mój talent uchodzi ze mnie, jak powietrze z pękniętego balona. Kiedy wreszcie się doczekałem i pan podszedł do mnie, musiałem trzymać głowę nieruchomo przez około 20 sekund. To było piękne. Myślałem sobie: masz talent, to wytrzymasz kilka sekund. A że siedziałem w ostatniej ławce, to kącikiem oka widziałem jak wszyscy już wyskrobują własne cienie, to znaczy tworzą je przy użyciu papieru ściernego. A trzeba było do tego nie lada siły, talentu i skupienia.

Tak, tak, dlatego własny cień jest bardzo piękny i niezastąpiony, towarzyszy nam zawsze i wszędzie, w dzień i w nocy. Czy ktoś z Was ma inne zdanie na ten temat?

Jacek


 

 

Jeden dzień z życia świetliczaka

Pani ogłosiła dzisiaj konkurs literacki p.t. „ Jeden dzień z życia świetliczaka”.Ja od razu się zgłosiłem, bo bardzo lubię pisać. Rysować nie umiem, tak mówi mój kolega, który nic innego nie robi, tylko rysuje i maluje. Mama i babcia są innego zdania, mówią, że mam zdolności plastyczne. Spróbuję jednak zaistnieć w konkursie literackim. Może coś wygram, a może przynajmniej moje opowiadanie ukaże się na stronie internetowej szkoły? Albo dostanę jakieś honorarium od babci albo od dziadka, którzy twierdzą, że praca się opłaca. Tego dnia byłem bardzo zły, a nawet wściekły, że przychodzą do nas jacyś spadochroniarze. Graliśmy z chłopakami w piłkę na boisku szkolnym i było 2:0 dla nas, wygrywaliśmy, gdy pani ogłosiła zbiórkę. No cóż było robić? Bardzo wolno wracaliśmy do świetlicy. Nie było się do czego spieszyć. Gdy wychodzimy na dwór, to przeciwnie, bardzo się spieszymy, nie mamy nawet czasu się ubrać. Jest parę rzeczy oprócz grania w piłkę, które lubimy robić, np. budować most z klocków przez całą salę i puszczać samochody, ale nie lubimy sprzątać po sobie. Udaje nam się jakoś uciec od tego przykrego obowiązku albo zrzucić winę na kolegów. W końcu to świetlica nie dom, trzeba się jakoś wykazać zaradnością, tak mówi chłopak siostry Agaty. Wracając do spadochroniarzy to był  tylko jeden pan i trochę jak nie spadochroniarz, ale miał fajną koszulkę z trupią czaszką, dobrze, że nie widziała tego mama, chyba by zemdlała. Nasi starsi koledzy z klasy VI rozwinęli kolorowy spadochron, a pan zaczął coś opowiadać, nawet nie wiem co, bo chłopaki, którzy pomagali, robili takie śmieszne miny jakby to oni byli główną atrakcją tego spotkania. Zaraz potem ustawiła się kolejka do przymierzania plecaka ze spadochronem oraz śmiesznie przekrzywionego beretu .Wszyscy porobiliśmy sobie zdjęcia. No, ale nie wiem czy chciałbym zostać spadochroniarzem, wolałbym chyba być astronautą, latać w kosmos, a nie tylko spadać na ziemię.


Każdy ma jakiś talent

To prawda i to nie chodzi o dzieci, bo one są wszechstronnie utalentowane, tylko często ich zdolności pozostają nieodkryte. Tak twierdzi chłopak siostry Agaty, gdy idziemy z Agatą, siostrą Agaty i jej chłopakiem do kina. Wtedy on mówi, kto ma talent do kupowania, to kupuje mi popcorn i colę a kto nie ma forsy, to też ma talent, tylko nie odkryty i musi pożyczyć pieniądze, najlepiej od Agaty, bo ona ma zawsze forsę, jest oszczędna. Zbiera na jakieś śmieszne stworki z dużą głową. Ale teraz chcę opowiedzieć o talencie naszej pani. Przychodzimy rano do świetlicy i okropnie się nudzimy, nic nam się nie chce robić. Wtedy nasza pani chce nam czytać książkę, ale że ma być to coś ciekawego jej zdaniem, więc zaczyna najpierw czytać J, Ch. Andersena „O królewnie śnieżce i siedmiu krasnoludkach”, nie daje rady dokończyć, my nie słuchamy, to pani zaczyna się dziwić, że nas to nie interesuje. Wyciąga następną książkę „O czerwonym kapturku” to samo, nie daje rady dokończyć, dziwi się jeszcze bardziej. Teraz wyciąga wiersze Jana Brzechwy – patrona naszej szkoły- „Bajki Samograjki” też nie daje rady. Pani oczy ze zdziwienia robią się okrągłe. Ale my już wiemy, jaki talent ma nasza pani. Talent do dziwienia się, przecież wystarczyłoby się nas zapytać co lubimy czytać, tylko wtedy nie wiedzielibyśmy jaki pani ma talent.

Jacek


28.X.2011

Pamiętnik świetliczaka

Halloween, muszę się zastanowić, czy to jest święto smutne, czy wesołe? No myślę, że dla mnie jest takie i takie. Wesołe, ponieważ czekaliśmy na tę zabawę hallowen’ową bardzo długo, bo od ostatniej imprezy t. j. pasowania na świetliczaka. Przygotowaliśmy z kolegami kostiumy wampirów, upiorów i duchów wraz z różnymi gadżetami t.j. widłami , kosami. I tu jest ta zła strona Halloween, panie wychowawczynie od razu rekwirowały te wszystkie, bardzo potrzebne przedmioty. No, ale trudno, teraz ta dobra strona, można było poszaleć i zaimponować kolegom odwagą. Niestety zabawa za szybko się skończyła , a ja nawet się nie przebrałem, chociaż kostium miałem. Dlaczego? To jest już moja słodka tajemnica.

Jacek


Pamiętnik świetliczaka

Oj, dużo tu opowiadać, nie wiem nawet, czy potrafię wszystko opisać.Jestem świetliczakiem, załóżmy, że Jackiem. Nie chcę wyjawiać swego prawdziwego imienia. Nie, dlatego że się boję, czy na przykład, dlatego że jestem zarozumiały. Na razie nie, z wiadomych dla mnie powodów. Chciałbym, aby mnie chłopaki lubili i się ze mną bawili. Robię wszystko, aby tak było. Sami powiedzcie, przynoszę do świetlicy zabawki, żołnierzyki, a nie jest łatwo przekonać tatę, że nie zgubię ani jednego, bo przecież staruszek musi też po pracy się czymś pobawić. Mówię do chłopaków: bawimy się? A oni rzucają się wszyscy na moje zabawki i nie zostawiają mi ani jednej. Wtedy ja mówię: bawisz się Ty i Ty a Ty nie. To oni zamiast się cieszyć, odchodzą ode mnie wszyscy i nie chcą się ze mną bawić. Co ja mam robić? Czasami nawet panią proszę, aby na nich jakoś wpłynęła, ale pani nie potrafi ich przekonać. No, może gdybym pana dyrektora poprosił, to wtedy by podziałało? Mama też mi nie pomoże, w domu wygrywam z nią zawsze, ale ja chciałbym również być najlepszy w szkole. Wiecie teraz dlaczego nie wyjawiam swego prawdziwego imienia. Chciałbym się bawić z każdym w szkole i w świetlicy i wygrywać! Jak to zrobić? Czy to jest możliwe?

Jacek